Bezrobocie

Zapraszam do dyskusji i umieszczania swoich wypowiedzi na różne tematy, które Państwa nurtują, a o których chcielibyście usłyszeć opinię innych...
JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Bezrobocie

Postautor: JanuszStankiewicz » czw lip 07, 2005 17:51

.
„Ministerstwo Gospodarki i Pracy prognozuje spadek stopy bezrobocia w lipcu do 18 proc. z szacowanych 18,1 proc. w czerwcu - poinformował we wtorek wiceminister gospodarki i pracy Jacek Męcina …”
(całość można przeczytać w tym linku – www.stankiewicz.e.pl/rozne/bezrobocie.htm )

Radośnie wkoło – zmniejsza się bezrobocie – idzie „ku lepszemu”…
Czyżby ? …
Prawie połowa rodzin polskich (18% razy 2) jest dotknięta plagą bezrobocia, a minister dumnie spogląda w oczy narodu i cieszy się z koniunkturalnego (sezonowego) obniżenia wskaźnika…
Tylko mogę pozazdrościć ludziom w Hiszpanii, która w okresie ok. 7 lat z 20% bezrobocia zdołała zmniejszyć je na ok. 10%.
My w Polsce mamy już piąty rok tragedii i poprawę - rzędu 1 promila…
Powiedzmy szczerze - żeby nie sukces eksportowy naszej żywności to ok. 50% rolników klepałoby totalną biedę, a realny wskaźnik wyniósłby pewnie coś ok. 60%. Faktem jest, że ten sukces mocno przeczyścił kieszenie pozostałych grup zawodowych i osłabił możliwości zakupów dóbr przemysłowych dla dość znacznej części społeczeństwa, ale przynajmniej dał jaką-taką pracę sporej grupce ludzi w tym sektorze.

Jedyną formą działania rządu pozostają formy aktywizacji zawodowej, która jest moim zdaniem rzeczą pomocniczą w walce z bezrobociem, bowiem umożliwia jedynie przygotowanie do podjęcia pracy, zwiększa szanse na jej znalezienie – ale to wszystko jest wtedy ważne, kiedy zostanie spełniony podstawowy czynnik – jest te miejsce pracy, a gospodarka jest zdolna wytworzyć nowe miejsca do zatrudnienia i umiejscowić w nich ludzi. Jeżeli nie ma stworzonych tych miejsc i nie ma koncepcji na ich tworzenie, to żadne, lepsze czy gorsze, przygotowanie ludzi do jej podjęcia w niczym nie pomoże.
Poparciem tego stanowiska może być wypowiedź jednej z pań komentująca „news”, która tak opisuje swoje doświadczenia w tym względzie:


„hahaha dobre!!!cholernie dobre!!!!
ja własnie skończyłam 3 kierunki studiów, masę kursów dokształcających, od 3 miesięcy szukam pracy i co? i nic, wielkie nic...wolontariat to walka z bezrobociem...hahaha, staże?? a jak wyżyć za "przysłowiowe dziekuję" lub 450 zł???? może pan minister mi powie? bo tego mnie na studiach nie nauczyli
~absolwentka, 2005-07-05 17:22”


a bardzo interesująca jest jedna z odpowiedzi do tegoż postu:

„Może zamiast szukać pracy zrobiłabyś ją sobie.
Większość kobiet po studiach jest żałosna.
W statystykach z 2004 (wykonanych dla WNIZ na Uniwersytecie Szczecińskim) wychodzi, że większość kobiet po studiach nie może znaleźć pracy i że mężczyźni mają z tym znacznie mniejszy problem dlaczego? Bo większość płci męskiej tworzy miejsca pracy, a nie ich szuka i tu jest pies pogrzebany.
Mam radę dla ciebie: Wynocha za granicę jak masz zamiar w Polsce jedynie stagnacyjnie siedzieć na ciepłej posadce przeklęta darmozjadko!
~Obywatel A, 2005-07-05 18:13”


Wydawać by się mogło, że niejaki „Obywatel A”, przytaczając dane z USZ powinien chyba jednak dość globalnie spojrzeć na zagadnienie, do którego się odnosi (pomijam tutaj mało elegancką treść od strony etycznej…, a ta „ciepła posadka” to już szczyt … ) i powinien wiedzieć, że nie każdy może i potrafi „chwytać w ręce własny los”, bowiem „rockefelerów” rodzi się jeden na parę miliardów, a Ci którzy bez odpowiedniej wiedzy łapią się za biznes kończą dość smętnie – zadłużając się poza granice własnej nawet wyobraźni. Mam w tym względzie własne spostrzeżenia i doświadczenie zdobyte na moich pracodawcach, którzy nie bardzo potrafili utrzymać przedsiębiorstwa w dobrej formie, a to z powodu braku własnej wiedzy o podstawach ekonomii,a to za sprawą obiektywnego procesu załamaniu rynku konsumpcyjnego, wewnętrznego, na przełomie 1999/2000 roku, który to proces nota bene – trwa do dziś.
Nie jestem specjalistą w zakresie ekonomi, ale wystarczy spojrzeć na ludzi, których jedynym marzeniem jest przeżyć do następnego dnia, wystarczy rozejrzeć się wkoło i dostrzec zmieniające się co kilka miesięcy napisy nad witrynami sklepowymi i można wysnuć śmiały wniosek – tylko chyba szaleńcy mogą marzyć o zrobieniu kariery w biznesie, ponieważ nie tylko osobiste chęci i możliwości, ale głównie system gospodarczy jest ustawiony „źle” i tylko człowiek bez wyobraźni myśli, że uda mu się dokonać wiele jeżeli założy własny biznes.
Ja mam już dość „nawiedzonych” drobnych pracodawców ze „słomą w butach”, dla których obrót firmy jest utożsamiany z zyskiem, dla których pracownik jest „pomietłem”, dla których biznes jest w końcowej fazie działalności – spłacaniem niebotycznych długów kosztem własnej rodziny i własnych pracowników, którzy jeszcze mają jakąś nadzieję na poprawę …

Jak to wszystko poprawić? - ja twierdzę, że tylko rozwinięcie działań rządu w zakresie ponownego spotęgowania napływu bezpośrednich inwestycji zagranicznych w formie „nowych technologii” oraz zmniejszenia obciążeń pracodawców wynikających z zatrudnienia pracowników, da podstawę, aby kraj i ludzie rozwijali się i wzbogacali.
Za tym „know how” przyjdzie czas na jeszcze lepsze rozwinięcie rynku usług i ogólne stworzenie wielu miejsc pracy, które "wchłoną" naszych rodaków dzisiaj pozostających na bezrobociu…

):donatello Janusz Stankiewicz

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Postautor: JanuszStankiewicz » sob paź 01, 2005 16:05

.
W linku: http://www.stankiewicz.e.pl/rozne/nierynek.htm znajduje się wywiad z „architektem” polityki społecznej Tony'ego Blaira ANTHONY GIDDENS-em.

Oprócz szeregu informacji zawartych w wywiadzie, ja zwróciłem uwagę na kilka zdań, które często już podnosiłem na łamach forum, otóż Pan Giddens stwierdza, że należy:

„równoważyć społeczną sprawiedliwość z rozwojem gospodarczym … każde społeczeństwo powinno starać się godzić te dwa dążenia.”
oraz:
”społeczeństwa nie można traktować jak rynku, trzeba wydajnych instytucji publicznych, które będą chronić ludzi, trzeba stwarzać im wybór. Nie można zostawiać wszystkiego rynkowi (pracy – przyp. mój)”

Oczywiście nie mogę się w pełni równać swojej posiadanej wiedzy gospodarczej z tak wybitnym znawcą tematyki jak Pan Giddens, nie mniej powyższe jego słowa potwierdzają moje wcześniejsze wypowiedzi w tych tematach, które opisywałem zresztą w poprzednich postach.

Pan Giddens mówi także , że: „
poziom biedy wśród dzieci jest głównym miernikiem biedy społecznej”.
Spójrzcie zatem Państwo na moje wcześniejsze wypowiedzi:
http://www.stankiewicz.e.pl/forum/viewtopic.php?t=36

Sądzę, że już niewiele można dodać w tych tematach, jednakże w dalszym ciągu twierdzę, że już kilka ekip rządzących, zarówno tych wywodzących się z lewicy jak i z prawicy, nie zrobiło i nie robi nic i działa nadal tak, aby tylko przypadkiem nie znaleźć drogi rozwiązania tak palącego problemu społecznego, obejmującego ok. 75 % społeczeństwa (lub chociaż próbować rozwiązać istniejące zjawiska szybkiego rozwarstwiania się ekonomicznego społeczeństwa, jak też rosnącej populacji ludzi bez pracy i bez perspektyw życiowych).
Śmiem twierdzić, że kolejna, nowo-wybrana ekipa, także ww zagadnienia będzie traktować z przymrużeniem oka i tak „ściemniać” ten temat, żeby tylko nikt nie mógł głośno krzyknąć, że nic nie robią w tym zakresie.

Zresztą można już było wyciągnąć wnioski, chociażby z ilości kandydatów startujących w wyborach do Sejmu, jak w naszym społeczeństwie odbierany jest ten Organ władzy – oczywiście jako miejsce ciepłej posadki na kilka kolejnych lat i ewentualne źródło dodatkowych dochodów nie całkiem związanych z rolą posła (zapewne wszyscy wiedzą, o jakich dochodach piszę …)

Brzydzę się politykami i brzydzę się ludźmi, którzy tylko kategorią własnych interesów patrzą na świat. Ja sam na pewno nie jestem pozbawiony wad, ale przynajmniej w zakresie walki o godność człowieka i jego podmiotową rolę w dzisiejszym społeczeństwie staram się pisać na łamach własnej strony. Może to taka troszkę walka z „wiatrakami”, ale …

:65 Janusz Stankiewicz

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

...

Postautor: JanuszStankiewicz » wt paź 18, 2005 09:45

.
W linku ciekawy artykuł, który ponoć pojawił się na stronie Ministerstwa Gospodarki i Pracy,
http://www.stankiewicz.e.pl/rozne/zatrudnienie.htm

Warto zwrócić uwagę na, zaznaczone przeze mnie, warunki poprawy stanu zatrudnienia naszych drogich Polaków, a tym samym zmniejszenia bezrobocia.
Pierwsze trzy punkty są w moim odczuciu jak najbardziej prawidłowe i niezwykle pilne do realizacji, natomiast kolejne można zdecydowanie odłożyć na później – na czas, kiedy zostanie radykalnie zmniejszona stopa bezrobocia do poziomu nie więcej niż 10%.

Mam jakieś takie wrażenie, że te malutkie opracowanie MGiP zostało jednakże napisane ot „tak sobie”, jako miły szum informacyjny, a nie jako wizja, czy chociażby program średnioterminowy. Pewnie piszący, po wyborach do Sejmu, nie miał już co robić i tak sobie coś tam skrobał... (ale jestem złośliwy... ufff)

Satysfakcją napełnia mnie fakt, że o wszystkich tych zjawiskach już od dłuższego czasu piszę na forum – oczywiście, nie jestem „najmądrzejszy”, ale raczej deklaruję tą informację właśnie urzędasom z ministerstwa, że (parafrazując)
„Polacy nie gęsi – swój rozum mają”

):bash Janusz Stankiewicz

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

...

Postautor: JanuszStankiewicz » wt paź 25, 2005 09:34

.
Poniżej króciutka informacja o tym, jak to trzeba być bogatym, aby być bezrobotnym:

Wysoka cena bezrobocia
Przedruk z Dziennika Zachodniego 07:46 25.10.2005wtorek

Dla bezrobotnych problemem jest nie tylko trudność znalezienia stałego zajęcia. Wizyty w Urzędzie Pracy i u potencjalnych pracodawców kosztują sporo. Gdy trzeba liczyć się z każdym groszem, nawet kupowanie biletów na dojazdy do pośredniaka staje się luksusem. Rejestracja w Powiatowym Urzędzie Pracy jest bezpłatna. Podobnie jak korzystanie z wywiezionych na tablicy ofert pracy.

Nie trzeba nic płacić, wystarczy przedstawić dowód tożsamości, potwierdzenie wykształcenia i posiadanych umiejętności. Jeżeli przepracowało się przynajmniej rok w okresie 18 miesięcy poprzedzających datę rejestracji, można otrzymywać zasiłek — mówi Henryka Bratek, kierownik działu ewidencji świadczeń PUP. Szukanie pracy za pośrednictwem urzędu jest darmowe.

W urzędzie pracy można co najwyżej się zarejestrować i dostać zasiłek — mówi rozgoryczony Krzysztof Grec, 27-letni mieszkaniec miasta. Tak naprawdę instytucja ta niewiele pomaga, a bo pracy trzeba szukać nie w urzędzie, ale na własną rękę. To z kolei kosztuje. Najwięcej pieniędzy pochłaniają telefony. Dzwoniąc na numery pracodawców podane w ogłoszeniach, wydaję miesięcznie ponad sto złotych. Kolejny wydatek to lokalna prasa z ofertami pracy. Tygodniowo to 10 zł. Pracodawcy chcą, by wysyłać im życiorysy i podania. List polecony kosztuje 3,50 zł, wysyłając dziesięć takich listów tygodniowo zbiera się 35 zł, a dla mnie to poważna suma. Skąd brać te pieniądze, skoro się nie zarabia?

Wiele osób szuka pracy za pośrednictwem internetu. To także kosztuje.
Nie mam komputera, korzystam z internetu u znajomych — mówi Magda, 29-letnia absolwentka politologii ze śródmieścia. Wcześniej przeglądałam oferty w kafejkach internetowych. Za pośrednictwem sieci wysyłałem też podania. Tygodniowe wydawałam na to mniej więcej 30 zł. Największym wydatkiem jest dla mnie kurs języka angielskiego, który robię, by podnieść kwalifikacje. Za semestr płacę 500 zł.

Ale do urzędu trzeba jeszcze czymś dojechać, a wstyd mi jeździć na gapę — odpowiada pani Teresa z Zagórza, lat 45. Po trzech miesiącach udało mi się znaleźć dorywcze zajęcie, ale przez kilka miesięcy wydałam na bilety i telefony ok. 600 złotych. Poza tym oferta w pośredniaku jest bardzo słaba.

Gdybym płacił za bilety jeżdżąc do pośredniaka, wydałbym chyba cały zasiłek, bo jestem tu kilka razy w tygodniu. W październiku wydałem już 50 zł na świadectwo niekaralności — narzeka mężczyzna przeglądający tablice z ofertami pracodawców.

Trzeba nie tylko zjawić się w pośredniaku, ale spotkać się z pracodawcą. Na kupowanie biletów nie starcza mi już pieniędzy, więc jeżdżę na gapę. Podczas kontroli mówię szczerze, że nie stać mnie na bilet. Z reguły konduktorzy wykazują zrozumienie i przymykają oko — dodaje Krzysztof Grec. Starania o umożliwienie bezrobotnym darmowych przejazdów komunikacją miejską podejmują organizacje broniące interesów ludzi bez pracy.

Od lat walczymy, by bezrobotni nie musieli kupować biletów — mówi Maria Borkowska, koordynator z sosnowieckiego Ruchu Obrony Bezrobotnych. W Warszawie czy Łodzi już dawno wprowadzono takie udogodnienia. Wystarczy dokument zaświadczający o utracie prawa do zasiłku. Władze Sosnowca nie chcą się na to zdecydować, a konieczność płacenia za przejazdy zniechęca ludzi do aktywnego poszukiwania pracy.
Tomasz Bienek


:x Janusz Stankiewicz

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

...

Postautor: JanuszStankiewicz » wt paź 25, 2005 17:41

.
Gwoli kronikarskiego obowiązku cytuję:

GUS podał dane o bezrobociu we wrześniu
(PAP, pb/25.10.2005, godz. 10:08 )

Stopa bezrobocia we wrześniu 2005 roku spadła do 17,6 proc. wobec skorygowanych 17,7 proc. w sierpniu 2005 - podał we wtorek Główny Urząd Statystyczny.
Liczba bezrobotnych wyniosła we wrześniu 2005 roku 2.760,1 tysiąca osób, czyli była o 7,1 proc. niższa niż we wrześniu 2004 roku.
Wcześniej resort gospodarki szacował wstępnie, że we wrześniu nastąpił spadek stopy bezrobocia do 17,7 proc. Zdaniem Jacka Męciny, wiceministra gospodarki i pracy, dane MGiP mogły być ostatecznie zweryfikowane przez GUS o 0,1 pkt proc. w dół.
GUS podał, że do urzędów pracy w ciągu miesiąca zgłosiło się 281,7 tys. osób poszukujących zatrudnienia (o 51,5 tys. więcej niż w sierpniu 2005 r. i o 34,3 tys. więcej niż przed rokiem).
Wśród bezrobotnych nowo zarejestrowanych 199,1 tys. osób, tj. 70,7 proc. stanowiły osoby rejestrujące się po raz kolejny (przed miesiącem 71,8 proc., przed rokiem 69,2 proc.).
Z danych na koniec września wynika, że 398 zakładów pracy zadeklarowało zwolnienie w najbliższym czasie 26,0 tys. pracowników, w tym z sektora publicznego - 4,5 tys. osób.
GUS ocenia również, że polska gospodarka przyspieszyła i znajduje się na ścieżce stabilnego i zrównoważonego wzrostu.
"Mamy stopniową poprawę tempa wzrostu wobec 2004 roku, poprawę na rynku pracy, ograniczoną dynamikę cen mimo poprawy popytu" - powiedział prezes GUS Tadeusz Toczyński na konferencji prasowej.
"Eksport nadal wpływa na wzrost (..) Gospodarka wkroczyła na ścieżkę zrównoważonego i stabilnego wzrostu gospodarczego" - dodał.
Analitycy spodziewają się, że PKB w III kwartale przyspieszył do ponad 3 proc. w III kwartale. W II kwartale 2005 roku PKB wzrósł o 2,8 proc.
GUS odnotowuje też powolną poprawę popytu krajowego, który w II kwartale skurczył się o 0,3 proc.
"Mamy stopniową poprawę popytu krajowego objawiającego się między innymi poprzez wzrost płac, niewielki wzrost siły nabywczej emerytur i rent oraz zmniejszenia skali spadku siły nabywczej świadczeń rolników indywidualnych" - powiedział Toczyński.


):whistling Janusz Stankiewicz

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Postautor: JanuszStankiewicz » śr lis 02, 2005 10:10

.
I znowu kronikarski obowiązek kusi mnie do zamieszczenia artykuły opublikowanego w "Rzeczypospolitej", który mozna przeczytać w całości pod linkiem:
http://www.stankiewicz.e.pl/rozne/bank_swiatowy.htm

A dla pełnej jasności sytuacji powtórzę jeszcze raz tabelki:

..........Obrazek

..........Obrazek

(komentarz dodam po południu...)

:22 Janusz Stankiewicz

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Postautor: JanuszStankiewicz » śr gru 21, 2005 13:51

.
W Newsweeku z dn. 18.12.05 ukazał się reportaż charakteryzujący polską biedę; bardzo wyraziście przedstawiono w nim warunki życia naszych polskich „biedaków” – zapraszam do przeczytania – uwaga: artykuł dla ludzi o „mocnych” nerwach...

Polska bieda.
Uderza w oczy milczącym tłumem przed darmowymi jadłodajniami. Chwyta za serce widokiem niedożywionych dzieci, błąkających się po ulicach. Smakuje ziemniakami jedzonymi na okrągło w wiejskich domach. Ma groźną twarz przegranych z wielkomiejskich gett lub zamroczone alkoholem oczy mieszkańców pegeerowskich ruin. Czasem wyziera zza zachodzących mgłą okularów nauczycielki, której nie stać na książki dla własnych dzieci.
371 złotych miesięcznie - pieniądze określające granicę biologicznego przetrwania, nie opisują wszystkich odcieni nędzy. Nie wiadomo ani gdzie się kończy, ani gdzie zaczyna. Nikt w Polsce dokładnie nie zbadał biedy, choć w tym roku ma ona też swój polityczny wymiar. Konserwatywno-socjalny rząd wyniósł na sztandary wyrównywanie szans i niwelowanie obszarów nędzy. Dużo słów, multum obietnic, ale w Polskę, którą zjeździli nasi reporterzy, nie udało się politykom tchnąć nadziei. W przygnębiającym krajobrazie usiłowaliśmy odszukać tych, którzy naprawdę pomagają najuboższym. Bez rozgłosu, snobistycznych balów charytatywnych, politycznego zadęcia stanowią o tym, że tysiące ludzi trwają i nie poddają się. W redakcji roboczo nazwaliśmy ich sobie - Anioły "Newsweeka" i na razie lepszej nazwy nie mamy.
Dzieci to najwięksi nędzarze wśród wszystkich biedaków w Polsce. Są w gorszej sytuacji niż emeryci, którzy wciąż uchodzą u nas za najbardziej pokrzywdzonych. Ale jak wynika z danych GUS, emerytom żyje się coraz lepiej. Mają średnio 869 zł miesięcznego dochodu i - paradoksalnie - zajmują drugą pozycję wśród najlepiej zarabiających grup społecznych, zaraz po pracujących na własny rachunek (z 935 zł dochodu). Wywalczyli to sobie, bo są liczącą się siłą społeczną, głosują, manifestują, żądają. Dzieci, podkreśla prof. Stanisława Golinowska z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, nie chodzą na wybory, więc nikt nie musi się z nimi liczyć. Jako jedyna grupa nie są więc beneficjentami sukcesów okresu transformacji. Z tegorocznych badań UNICEF wynika, że prawie 13 proc. polskich dzieci wychowuje się w rodzinach, w których dochód jest co najmniej o połowę niższy od przeciętnego (w 2004 r. było to 735 zł na osobę); np. w Danii takich dzieci jest cztery razy mniej, a w Czechach dwa razy mniej. Niemal co ósme dziecko żyje więc w nędzy, ale niedożywionych jest już aż 32 proc., czyli co trzecie. Takie dzieci zaczynają naukę w szkole bez śniadania, a dla wielu z nich szkolny obiad to jedyny ciepły posiłek. - Dokarmiamy co drugie dziecko w gminie, bez tego chyba by się poprzewracały z głodu - mówi Danuta Gerynowicz z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Hrubieszowie, woj. lubelskie.
Takich pokrzywdzonych dzieci wciąż przybywa - pięć lat temu było ich o cztery procent mniej. Większość z nich pochodzi z wielodzietnych rodzin, jak np. trzynaścioro dzieci z rodziny Fedaków z małej wsi Raczkowo koło Sanoka, gdzie na osobę przypada 100 zł miesięcznie. Ale są takie miejsca, gdzie nędza dotyka nawet jedynaków.
Mapa biedy, której ofiarami padają najmłodsi, pokrywa się z mapą bezrobocia; w woj. świętokrzyskim i warmińsko-mazurskim ponad 40 proc. dzieci żyje w biedzie. Jedną trzecią stanowią ubogie dzieci w województwach: podkarpackim, kujawsko-pomorskim i podlaskim. Na Śląsku bieda dotyka co szóste dziecko.
Profesor Wieliława Warzywoda- Kruszyńska z Katedry Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego nazywa to juwenalizacją polskiej biedy. Tłumaczy, że tam, gdzie dorosłym jest źle, o wiele gorzej jest ich dzieciom. I to nie tylko kwestia pieniędzy. Rodzice goniący za każdym groszem albo pogrążeni w alkoholizmie i beznadziei nie mają czasu ani ochoty zajmować się swoim potomstwem. A to rośnie niedopilnowane, niedomyte i głodne. Dzieci mają za to wiele dorosłych obowiązków - opiekę nad młodszym rodzeństwem czy dorabianie do rodzinnego budżetu.
W takiej beznadziei tkwi na przykład siódemka dzieci Średnickich (dwie dziewczynki, pięciu chłopaków, od roku do 17 lat) ze wsi Katarzynów w woj. warmińsko-mazurskim. W ich świecie idzie się do lasu zbierać drewno, dyskutuje o zasiłkach z opieki społecznej, marzy o pracach interwencyjnych. Właśnie ich tata miał to szczęście - do końca grudnia dostał zajęcie przy układaniu kostki brukowej. Urząd pracy płaci mu 600 złotych na miesiąc, z czego 160 zł od razu trzeba odliczyć na dojazdy do Ełku. Jest jeszcze zasiłek - 430 złotych. Z tego wszyscy żyją. Jedyną furtką, aby dzieciaki wydostały się z biedy, jest edukacja, zdobycie dobrego zawodu. Dla większości takich jak oni pozostaje zamknięta.
Szkoła - podkreśla prof. Hanna Palska, socjolog z Collegium Civitas - stosuje ostry system selekcyjny: dobre dzieci i złe dzieci. Te złe to najczęściej właśnie biedne: mają problemy z nauką (w domu nikt nie goni ich do książek), sprawiają kłopoty wychowawcze, nie przynoszą przyborów szkolnych i obuwia na zmianę. W dodatku czuć od nich stęchlizną, mają znoszone ubrania, nie chodzą do kina - nie znajdują więc też wspólnego języka z rówieśnikami.
To sprawia, że już na samym początku drogi życiowej biedne dzieci są wykluczane z normalnego społeczeństwa. Wysoki mur nędzy staje się nie do przekroczenia. – żyją poza nawiasem cywilizacji, bieda ciąży im jak łańcuch u nogi, pójdzie za nimi w dorosłość - mówi dr Arkadiusz Karwacki, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Potem spłodzą swoje dzieci, jeszcze biedniejsze i jeszcze bardziej wykluczone niż one.
W Polsce dorasta właśnie trzecie pokolenie dzieciaków żyjących w takiej permanentnej, dziedziczonej po rodzicach nędzy. -Te rodziny są odporne na wszelkie programy pomocowe - rozkłada ręce Karwacki. Bo jeszcze trudniejsza do zwalczenia niż sam niedostatek jest towarzysząca mu -jak nazwał to zjawisko amerykański antropolog Oscar Lewis - kultura ubóstwa. To towarzyszący biedzie brak myślenia perspektywicznego, niska skłonność do ryzyka, bierność.
Profesor Hanna Palska tłumaczy to w ten sposób: - Gdyby mnie okradziono i spalono mój dom z całym dobytkiem, nie byłabym jeszcze biedna w sensie kultury ubóstwa. Wiedziałabym, jak się podnieść - tłumaczy. Ale tej wiedzy może nigdy nie posiąść 2,5-letni chłopczyk. którego nasz fotograf spotkał w Siemianowicach Śląskich podczas przygotowywania zdjęć do tekstów o biedzie. Dzieciak razem z rodzicami zbierał bryłki węgla, które wypadły na tory podczas transportu.

Working poor – Pracujący biedacy
Ta bieda nie śmierdzi, nie epatuje dziurami w ubraniu. Nie stoi w kolejkach po zasiłki ani nie wystaje w ogonkach po darmową zupę. Kryje się za czystymi firankami mieszkań w blokach i polega na ciągłych wyborach: kupić bilet autobusowy czy kanapkę, książkę czy proszek do prania. Mowa o pracujących biedakach, z angielska zwanych working poor, których dochody wystarczają zaledwie na utrzymanie się na powierzchni życia. W krajach zachodnich na takim pograniczu ubóstwa lawirują zwykle osoby bez wykształcenia, mieszkańcy gett, emigranci. Wykonują najprostsze, kiepsko opłacane prace, które nie wymagają kwalifikacji. W Polsce biedni pracujący wywodzą się z różnych grup społecznych, legitymują się różnym wykształceniem. Ale coraz więcej jest wśród nich młodych z tytułem magistra przed nazwiskiem.
Świat working poor jest trudny do określenia za pomocą cyfr, tych wskaźników diagnostycznych, którymi zwykle mierzy się biedę. Można powiedzieć tylko, że przedstawiciele tego środowiska zarabiają więcej, niż składa się na minimum egzystencji (371 zł na osobę), a trochę mniej lub niewiele więcej, niż wynosi kwota tzw. minimum socjalnego (819 zł dla samotnej osoby).
Można ich zaobserwować, przyglądając się np. klienteli sklepów dyskontowych czy tych sprzedających używaną odzież. Albo w empikach, gdzie czytają książki, na których kupno ich nie stać.
Renata Kołtunowicz-Kaczor, 27-letnia nauczycielka z Ożarowa w Świętokrzyskiem, pracuje w szkole od dwóch lat, uczy wychowania fizycznego. Co miesiąc przynosi do domu 900 zł pensji. Drugie tyle dokłada do budżetu mąż, też nauczyciel. Doktor Piotr Kurowski z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych wyliczył, że dla dwóch dorosłych osób bez dziecka minimum socjalne to 1339 złotych. Wychodzi więc, że mają pięćset złotych nadwyżki, więc jaka to bieda?
Prawda, nie umierają z głodu, ale ich poziom egzystencji oznacza faktyczną izolację od świata - nie uczestniczą w kulturze, bo rzadko kiedy stać ich na teatr albo na kino, nie wyjeżdżają na wakacje; ograniczyli kontakty z przyjaciółmi. Nie mają własnego mieszkania i z poczucia odpowiedzialności nie decydują się na dziecko. - Jeśli to nie bieda, to co? - zaperza się Renata. - Tak żyją młodzi lekarze, pielęgniarki, nauczyciele. Po co w kółko opowiadać o PGR-ach? Ale praca Renaty, z zapłaconym ubezpieczeniem i pensją spływającą regularnie na konto, jest marzeniem wielu jej rówieśników i tych, którzy podejmują się śmieciowych prac - junk jobs - jak nazwali je amerykańscy socjolodzy w latach 80. ubiegłego wieku.
Ta praca, która nie wymaga kwalifikacji i nie daje możliwości awansu zawodowego - tłumaczy socjolog Paweł Ostrowski z Uniwersytetu Warszawskiego. Jest nisko płatna. Można ją znaleźć w supermarkecie przy kasie albo w barach szybkiej obsługi, firmach ochroniarskich, na stacjach benzynowych. Głównie w dużych miastach, gdzie rozwijają się usługi. - Ludzie wykonujący junk job to cienie. Nie rozmawiasz z nimi, omiatasz ich wzrokiem - opowiada Ostrowski. Nie dotyczą ich też przepisy kodeksu pracy, a kiedy upominają się o swoje (np. o należną zapłatę), są natychmiast zastępowani przez nowych.
Takie śmieciowe prace na Zachodzie prócz dołów społecznych czasem podejmują antyglobaliści, którzy nie chcą uczestniczyć w wyścigu szczurów. W Polsce - przede wszystkim ludzie młodzi ze średnim lub wyższym wykształceniem. Przyczyną jest bezrobocie. które wśród osób do 26. roku życia przekracza 40 procent (jedna czwarta osób z tej grupy ukończyła studia). To około 30 tysięcy ludzi pełnych aspiracji zawodowych i kulturalnych, którzy chwytają się jakichkolwiek prac, byłe tylko przeżyć. W ciągu ostatnich pięciu lat ich liczba zwiększyła się o 12 procent.
Urszula Obuchowska ma 27 lat, mieszka w Ełku i wierzy, że tym razem jej się poszczęści. Ta szczupła blondynka w jasnym kożuszku i szaliku fantazyjnie owiniętym wokół szyi wróciła właśnie z rozmowy kwalifikacyjnej. Będzie pracować przy kasie w sklepie jednej z sieci dyskontowych. Na umowę o dzieło, etatów nie dają. Dostanie 660 zł, ale dla Uli to i tak sporo. Do tej pory dorabiała sprzątaniem i korepetycjami z angielskiego. Studiowała anglistykę w Olecku, ale musiała przerwać z braku pieniędzy. Teraz robi licencjat, kształci się na pracownika socjalnego. - Nauczyłam się żyć nawet za 100 złotych miesięcznie - mówi. Mieszka kątem u babci, która ją dożywia. - Trudno to nazwać życiem. Raczej wegetacją. Nie korzystam z autobusów, nie kupuję książek, gazet, kosmetyków. Ubrania tylko z lumpeksów.
38-letni Jacek, elektromechanik z Warszawy, który za 700 zł miesięcznie sprząta jedno z biznesowych centrów w Warszawie. nie zna określenia junk job. Ale wieczym ono smakuje: niepewnością, czy masz pracę na miesiąc, czy na rok, a jak ci się nie podoba, to wynocha. Trzyma się jej kurczowo.
Badania nad junk job, jakie przeprowadzono na Uniwersytecie Warszawskim, pokazują, że w Polsce te prace są dla ludzi powodem do dumy. - Cieszą się, bo lepsze parę groszy uczciwie zarobione niż kuroniówka - wyjaśnia Julia Kubisa, socjolog z UW I dodaje, że ci biedni pracujący jakoś funkcjonują tylko dlatego, że zwykle mają wsparcie rodziny. Co weekend przywożą w wypchanych torbach od mam zapasy jedzenia na cały tydzień. Bez tej pomocy ich napięte do granic możliwości budżety zaczęłyby się walić. Socjolodzy nazywają taki stan płytką biedą. - Łatwo się z niej wydostać, wystarczy lepsza praca, awans i życie się odmienia. To czasem kwestia niewielkiej podwyżki, dosłownie 200-300 złotych - mówi dr Arkadiusz Karwacki.
Ale tak samo łatwo się w niej pogrążyć na amen. Wystarczy choroba, nieplanowane dziecko, nagły wzrost czynszu i working poor stają się naprawdę poor.

Biedny rolnik polski
Modelowy biedak polski: rolnik z wykształceniem podstawowym, gospodarujący na niewielkim gospodarstwie i wychowujący więcej niż troje dzieci. Takie wnioski można wysnuć, analizując dane statystyczne, opisujące stan ubóstwa w kraju. Rzeczywiście, wieś
jest biedniejsza od miasta - poniżej minimum egzystencji, kwoty potrzebnej, by nie umrzeć z głodu, żyje tam aż 18,5 procent ludzi. Ponad dwa razy więcej niż w dużych miastach. Rolnicy mają też najniższe dochody spośród wszystkich grup zawodowych: średnio tylko 541 zł miesięcznie na osobę. Nawet rencistom powodzi się lepiej (612 zł).
Tyle tylko że nie ma jednej biedy wiejskiej. Ta zwykła, "ziemniaczana" gości w wioskach, w których dominują gospodarstwa indywidualne. Tu ludzie już się z nią oswoili, potrafią godnie żyć, bo zawsze było im ciężko. Ubóstwo nie przeszkadza im aspirować do lepszego świata: wykształcenia, pracy, konsumpcji.
Na początku lat 90 ta bieda zyskała nowego brata - świat upadłych PGR-ów, które w okamgnieniu przemieniły się w enklawy beznadziei. W całym kraju pracowało w nich 470 tys. osób. Z rodzinami (przeciętna rodzina w PGR ma 4,8 dziecka) stanowią blisko dwumilionową armię odrzuconych, którzy nie umieją i nie chcą pracować, nie mają zamiaru się kształcić, a na postępujące zubożenie reagują radykalnym ograniczeniem konsumpcji.
Ta stara oswojona bieda to na przykład gmina Hrubieszów: 11 tysięcy mieszkańców
(w tym900 bezrobotnych), 37 wsi, a w nich 25 sklepów i 7 kościołów. Wzdłuż dróg ciągnących się po przygranicznych pustkowiach klocki domów jednorodzinnych, a przy nich zazwyczaj 5-hektarowe gospodarstwa. Nie widać chat krytych strzechą, zdewastowanych budynków, rozwalających się płotów. A to przecież Lubelskie, ściana wschodnia, najbiedniejszy region w Unii Europejskiej. Tu na mieszkańca przypada tylko 32 proc. średniego dochodu unijnego.
Bo wiejska bieda w odróżnieniu od miastowej nie bije w oczy wózkami złomiarzy czy starcami grzebiącymi w śmietnikach. - Jest bezpieczniejsza od miejskiej, bo własna ziemia i dom dają ludziom minimalne gwarancje przetrwania - zauważa dr Piotr Kurowski z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych.
No i wieś radzi sobie z nędzą bardzo sprawnie. Maskuje ją samowystarczalnością przydomowych ogródków, hodowlą kur i kóz. Danuta Gerynowicz z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Hrubieszowie zna rodziny, które potrafią dobrze funkcjonować przy dochodach rzędu 100, 200 złotych na sześć osób. W ten sposób maskują kolejną specyfikę polskiej wsi: ukryte bezrobocie. Szacunki ekspertów mówią, że ok. 900 tys. osób w rolniczych rodzinach jest z ekonomicznego punktu widzenia pracownikami zbędnymi, choć oficjalnie są traktowane jako zatrudnione w rolnictwie.
- Sadzą ziemniaki, chowają świnkę, dobra gospodyni potrafi na jednej świni całą zimę rodzinie obiady gotować. Od młynarza biorą mąkę, z lasu drzewo. W sklepie kupią najwyżej szampon, proszek i sól- opowiada Gerynowicz.
Tak żyją wsie najbiedniejszych województw: lubelskiego, warmińsko-mazurskiego, podlaskiego, świętokrzyskiego i podkarpackiego.
Stanisław Piecuch, 6S-letni rolnik z Bieszczad, ze swym podstawowym wykształceniem (ma je 43 procent mieszkańców wsi) i jednohektarowym polem jest niemal modelowym przykładem biedaka wiejskiego. Ma 510 zł emerytury, 120 kosztują go podatki i prąd, 110 płaci za godzinę pracy kombajnu. Kupił sobie kozy, więc ma mleko. W domu nie ma bieżącej wody, do miasta nie jeździ, zęby sobie sam wyrywa. Jest samowystarczalny.
Ale młode pokolenie nie chce tak żyć. ucieczkę widzi w nauce i przeprowadzce do miast. Aż 44 procent uczniów średnich szkół nie chce wracać do swoich wsi, trzy czwarte z nich chce skończyć studia. W ciągu ostatnich trzech lat liczba studentów ze wsi wzrosła dwukrotnie - z 10 do 20 procent. A 18 procent świeżo upieczonych magistrów to dzieci matek, które skończyły tylko podstawówkę.
Młodzi z Katarzynowa (woj. warmińskomazurskie ) oraz Wiśniowa i Zawad - popegeerowskich wsi - widm w Zachodniopomorskiem - nie garną się do nauki. Zresztą tu ludzie nie garną się do niczego: 40 proc. z nich utrzymuje się z emerytury, renty lub zasiłku. Pracuje tylko 20 procent. Z bezrobotnej większości 43 proc. zgodziłoby się podjąć jakąś pracę tylko w swojej wiosce. Jedna trzecia nie zrobiła nic, aby znaleźć jakieś zajęcie.
Profesor Hanna Palska, socjolog, bierność pracowników PGR-ów wiąże z tzw. mentalnością folwarczną, taką chytro-poddańczą. Mówi, że ludzie ci oczekują opieki dworu, stałych zarobków, podarków, deputatów, a jednocześnie to, co należy do dworu, traktują jako dobro wspólne, czyli niczyje.
Wegetują w kwartałach obrzydliwych czworaków, z bezdomnymi kundlami. W poniedziałki, środy i piątki wyruszają pogrzebać na gminnym wysypisku śmieci w poszukiwaniu puszek, starych butów, ubrań.
Tacy jak oni, odcięci od świata, stworzyli własną podklasę (underclass), ze specyficznym stylem życia, systemem antynorm i antywartości - państwo ma dać, co czyjeś to moje,
praca szkodzi zdrowiu - które przekazują z pokolenia na pokolenie.
- Nie ma dnia, żeby tu, do Katarzynowa., policja nie przyjeżdżała, awantury, pobicia - opowiada Zofia Czerny, emerytka. Kradzieże prądu, drewna, rowerów są nagminne. - No cóż, ci ludzie dostosowali się do nowych reguł ekonomicznych, ale zrobili to nie tak, jak oczekiwało społeczeństwo - zauważa dr Arkadiusz Karwacki, socjolog.

.....Obrazek

Blokowiska


W Łodzi jest ich aż siedemnaście - kwadratów albo dzielnic cudów, jak potocznie nazywa się enklawy miejskiej nędzy, getta ludzi ekonomicznie i społecznie wykluczonych. Większość z tych miejsc powstała całkiem niedawno, w ciągu ostatnich lat, kiedy po upadku przemysłu włókienniczego w mieście zaczęło szaleć bezrobocie. To proces charakterystyczny dla tych aglomeracji, których dostatek opierał się na jednorodnym przemyśle - w takie same dzielnice
Nędzy zaczęły obrastać miasta Górnego i Dolnego Śląska. Ale dotyczy to także mniejszych skupisk miejskich, jak w przypadku Starachowic (fabryka samochodów Star), lnianego Żyrardowa czy żyjącego z Łucznika Radomia.
Wszędzie zubożałe na skutek transformacji kwartały dołączyły do dzielnic lumpenproletariatu, tradycyjnie zamieszkanych przez tych, którym nie po drodze z normami społecznymi. W Łodzi koncentrują się one w centrum miasta, w starych kamienicach. Na Śląsku wyrastają na osiedlach kopalnianych, których mieszkańcy stracili pracę. To całe kilometry kwadratowe budynków z brudnymi oknami, zdewastowanymi klatkami schodowymi, pozamykanymi kinami i domami kultury, naznaczone ponad 30-proc. bezrobociem.
Powstawały stopniowo - ich mieszkańcy najpierw próbowali sobie jakoś radzić, szukać pracy, potem zrezygnowali i masowo przestali płacić czynsze (to pierwszy sygnał pogrążania się społeczności w ubóstwie). W łódzkich "kwadratach" 40 procent ludności żyje dzięki pomocy społecznej.
- Gettyzacja wielkomiejskiej przestrzeni jest najbardziej charakterystyczną cechą miejskiego niedostatku - tłumaczy prof. Jolanta Irena Grotowska-Leder, socjolog z Uniwersytetu Łódzkiego. Te getta tworzą się żywiołowo. Najczęściej zaczyna się od tego, że młodsze pokolenie przenosi się do domów swoich rodziców, bo stracili pracę i własne lokum. Rodzą się dzieci, a biedna rodzina staje się jeszcze biedniejsza. Mieszkania w okolicy zaczynają tracić na wartości. Kto jeszcze ma pieniądze, szybko zmienia adres zameldowania. A potem do tych zubożałych dzielnic zaczynają ściągać ludzie z eksmisji i niebieskie ptaki. Coraz więcej tam agresji, alkoholu, przestępczości. Kradzieże są na porządku dziennym. Biedny Górny Śląsk żyje z "bany': czyli kradzieży węglu pociągów, według Służby Ochrony Kolei ginie go średnio 100 ton na dobę. W tym procederze wyspecjalizowały się (przy akceptacji rodziców) dziecięce gangi kontrolowane przez dorosłych mafiosów. Normy społeczne przestają obowiązywać, ważna jest strategia przetrwania. Na przykład rekonsumpcja: przetrzepywanie śmietników, wybieranie puszek, grzebanie w papierach. Wyszukiwanie tego, co otaczający świat zdążył już skonsumować i wypluć. W tym przodują zwłaszcza bezdomni, którzy stracili już wszystko. Osobną kategorią zbieractwa jest złomiarstwo, które zwłaszcza na Śląsku rozwinęło się w niewyobrażalnej skali. W zrujnowanej bytomskiej kopalni Bobrek.nie ostał się ani jeden metalowy element - każda, nawet najmniejsza śrubka została wymontowana i sprzedana w punktach skupu, których w okolicy jest więcej niż sklepów spożywczych.
Z kolei w dolnośląski pejzaż powróciły przedwojenne bieda-szyby. W Wałbrzychu, gdzie pracę związaną z górnictwem straciło 24 tys. ludzi, a stopa bezrobocia wynosi 27 proc., nielegalne kopalnie działają wokół całego miasta w dzielnicach Biały Kamień, Podgórze, Stary Zdrój. Wraz z nimi wróciły do łask zupy z czasów kryzysu. Na stołach pojawił się postny żur, słodka zupa na wywarze z siemienia lnianego, zwana siemiotką, oraz wodzionka - wrzątek z chlebem i czosnkiem. Do szkoły daje się dzieciom mazidło; czyli gotowane przetarte ziemniaki z solą i posiekaną pietruszką. - Biedni odtwarzają przepisy kulinarne, do których nie dotarł nawet Robert Makłakowicz w swoich podróżach - mówi dr Arkadiusz Karwada, socjolog badający problemy biedy.
Anonimowość dużego miasta sprawia także, że ludzie bez wstydu i oporów wyciągają rękę po pomoc materialną. Jest ona tu zresztą łatwiej dostęp na niż na wsiach i w małych miasteczkach: pieniądze, ubrania, meble, jedzenie szerokim strumieniem płyną do ubogich w wyniku zbiórek organizowanych przez kościoły czy liczne organizacje pozarządowe. To rodzi bierność i wyzwala postawy roszczeniowe. Utrwala nędzę.
W dzielnicach nędzy podstawową formą aktywności jest oglądanie telewizji. Anteny satelitarne są nawet na barakach socjalnych. Ich mieszkańcy żyją dniem dzisiejszym, każdą większą sumę pieniędzy przeznaczają natychmiast na konsumpcję, zamiast opału na zimę kupią raczej nową wieżę stereo, traktując to jako możliwość dogonienia kolumny prawdziwych konsumentów. Swoją postawą równie szybko oddalają się od normalnego świata, jak ten oddala i odgradza się od nich. Prawdziwe problemy z mieszkańcami wielkomiejskich nowych enklaw biedy zaczną się dopiero za kilka lat: kiedy wymrze pokolenie emeryckie, ostatni bastion względnego dostatku. Bo, jak zauważa profesor Elżbieta Tarkowska z PAN, ci ze średniej półki wiekowej pracowali za krótko, by nabrać praw do emerytury, a najmłodsi nie znajdą zatrudnienia, bo mają kiepskie kwalifikacje zawodowe. Wówczas getta staną się groźne.


.....Obrazek

I jeszcze fragment, także zamieszczony w Newsweeku – dotyczący Stanów Zjednoczonych:

Pomyśleć, że sto lat temu prezydent USA Grover Cleveland, odmawiając podpisania ustawy, która przyznawała pomoc państwową farmerom dotkniętym suszą, pisał w uzasadnieniu: "Nie sądzę, by władza i obowiązek rządu federalnego powinny rozciągać się na udzielanie opieki cierpiącym jednostkom, co w żaden sposób nie wiąże się ze służbą czy korzyścią publiczną. Wciąż trzeba uporczywie powtarzać, że choć ludzie wspierają rząd, to rząd nie powinien wspierać ludzi”
Dziś polityk, który wypowiedziałby taki sąd, nie miałby szans w konfrontacji z wyborcami. Powszechna jest opinia, że walka z biedą, wyrównywanie nie tylko szans, ale poziomu życia jest zadaniem każdego rządu. A przecież słowa Clevelanda wynikały nie z doktrynerstwa i braku wrażliwości, a przekonania, że ingerenga rządu w życie społeczne zagraża wolności jednostek: raz otwarta furtka, nawet w przypadku tak oczywistym, jak pomoc dla dotkniętych klęską żywiołową, nigdy nie zostanie zamknięta i zachęci rządy do zwiększania zakresu swej omnipotengi.
U progu XX w. był to dość powszechny pogląd wśród elit politycznych, ale w minionym stuleciu dokonało się głębokie przewartościowanie i zmiana celów funkcjonowania rządów. Czy nie warto poświęcić nieco wolności (będącej opoką dla ludzkiego egoizmu) w imię likwidacji nędzy? - myślą dziś elity, a w ślad za nimi duża część społeczeństwa w krajach rozwiniętych i rozwijających się. Przed stu laty polityka społeczna była niezauważalnym zadaniem rządów. W XXI w. stała się zadaniem najważniejszym, także w wolnorynkowej Ameryce. Tyle że jej rezultaty często rozczarowują.
Rozczarowani są Amerykanie, którzy na wojnę z biedą, proklamowaną przez prezydenta Lyndona Johnsona w połowie lat 60, wydali już ponad 6 bln dolarów. Tę ogromną cenę być może warto byłoby ponieść, gdyby efekty były przekonujące. Ale nie są. Według amerykańskich statystyk niemal cały dochód najuboższych, 20 proc. amerykańskiego społeczeństwa, pochodzi dziś ze świadczeń państwowych. Kolejne 20 proc. zwiększa swoje dochody o połowę dzięki pomocy państwa (stanu, miasta, hrabstwa). A jednak wskaźnik ubóstwa jest dziś wyższy niż w 1965 r. Według badań około 15 proc. Amerykanów znajduje się poniżej jego progu (w 1965 r.12,5 proc.).
Rozczarowani są też Francuzi. Dwa miesiące po zamieszkach w Nowym Orleanie fala przemocy rozlała się po ich kraju. Stało się jasne, że francuski model socjalny nie gwarantuje równowagi społecznej. A przecież w roku 2001 wydatki na opiekę socjalną stanowiły aż 28,5 procent PKB, co plasowało ten kraj na trzecim miejscu wśród członków OECD, po Danii i Szwecji. W dodatku francuski rząd wydaje pieniądze w sposób przemyślany. Wspiera rodzinę rozmaitymi zasiłkami, dzięki czemu Francja ma wysoki jak na Europę Zachodnią przyrost naturalny. Wprowadzono kilkadziesiąt rozmaitych programów, by podnieść poziom życia na przedmieściach zamieszkanych przez białych robotników, a także coraz częściej rodziny emigrantów z Attyki Północnej. Znajdujące się tam szkoły otrzymują więcej pieniędzy i zatrudniają lepiej przygotowanych nauczycieli. Program "orientacja na miasto" wprowadza zachęty dla zamożniejszych mieszkańców, by nie uciekali do "lepszych" dzielnic. W ramach przyjętego planu "Odrodzenia miast" państwo subsydiuje inwestycje w "złych" dzielnicach na zasadach podobnych do wspierania przez Unię Europejską funduszami strukturalnymi biedniejszych regionów. Miejskie strefy wrażliwe, do których zaliczano dzielnice szczególnie
zdewastowane, otrzymują dodatkową pomoc. W strefach zamieszkanych przez niższe warstwy mają obniżoną składkę na ubezpieczenie społeczne, by zachęcać pracodawców do zwiększania zatrudnienia. Tak, Francuzi przykładają się do walki z biedą. A mimo to miliony ludzi we Francji czują się wykluczeni z życia społecznego. A może nie mimo to, ale właśnie dlatego.
Nakłady na rozwój przynoszą oczywiste efekty. Powstaje fabryka, droga lub bank, ludzie mają pracę przy budowie, a potem przy eksploatacji obiektów. Efekty czasami są większe, czasami mniejsze, gdy inwestycja jest nie najlepiej zaprojektowana. Ale zawsze jakieś są. Efekty nakładów na pomoc społeczną mogą być ujemne. Socjalne wydatki państwa wymagają coraz wyższych podatków, a tym samym obniżają zdolności inwestycyjne gospodarki. Nawet zwolennicy państwa opiekuńczego przyznają, że poziom transferów socjalnych nie może rosnąć w nieskończoność. W roku 2001 Polska znajdowała się na 19. miejscu wśród 30 krajów OECD uszeregowanych od najmniejszego do największego udziału wydatków socjalnych w PKB.
Być może wydatki państwa na pomoc socjalną hamują wzrost gospodarczy, ale jest to niezbędny koszt utrzymania równowagi społecznej - argumentują zwolennicy walki z biedą. Problem w tym, że wydatki te mogą biedę utrwalać. Skutkiem państwowej pomocy są rozmaite negatywne zjawiska społeczne. Jeżeli wiemy, że państwo udzieli nam wsparcia i w sytuacjach skrajnych nas uratuje, jesteśmy skłonni do zachowań ryzykownych: porzucamy pracę, nie mając gwarancji dostania innej, nadmiernie się zadłużamy, nie dbamy o rodzinę. Uzależnienie od pomocy społecznej przechodzi z pokolenia na pokolenie, a trendy demograficzne prowadzą do rozszerzania się - Ia nie kurczenia ubóstwa. Znany jest przykład reprodukcji nędzy w slumsach wielkich miast amerykańskich, gdzie korzystające z pomocy r
socjalnej samotne matki rodzą dzieci, żyjące od urodzenia w ubóstwie. Te dzieci mając 16-18 lat, rodzą kolejne pokolenie uzależnione od pomocy społecznej. Socjolodzy są zdania, że pomoc państwa dla samotnych matek jest jedną z głównych przyczyn utrzymywania się tej patologicznej sytuacji. Tatusiowie nie czują się zobowiązani do pomocy matce dziecka, bo robi to za nich państwo. Dziewczyny nie obawiają się zajść w ciążę, bo pomoże państwo. W efekcie w czarnych dzielnicach wielkich miast większość dzieci wychowywana jest w niepełnych rodzinach, powielając patalogiczne wzorce zachowań.
Pomoc społeczna skłania też do zachowań, które ekonomiści nazywają jazdą na gapę. Stają się one powszechne, gdy mandat za darmową przejażdżkę jest niewielki. Typowym przykładem jest niepłacenie czynszów w domach spółdzielczych i komunalnych. Im łagodniejsze jest podejście do rodzin zalegających z czynszem, tym szersza skala zjawiska. Im większy zakres pomocy państwa, tym większa możliwość jazdy na gapę. Za gapowiczów płacą inni, a zatem rośnie koszt bycia porządnym obywatelem i pokusa, by przejechać się na gapę. W Polsce od l5 lat nieustannie maleje liczba ludzi pracujących. Mamy za to najmłodszych w Europie emerytów i najzdrowszych rencistów, za których utrzymanie płaci kurcząca się grupa ciężko harujących i płacących coraz wyższe podatki. Jazda na gapę prowadzi do trwałego wykluczenia gapowiczów z aktywnego życia społecznego. Nawet jeżeli "darmowe" usługi konsumowane przez gapowiczów są znacznej wartości, pozostają oni w niższych warstwach społecznych. Na utrzymanie 55-letniego emeryta ciężko pracuje trzech 55-letnich pracowników, którym emeryt zazdrości, że mają wyższe dochody. Ma pretensję do rządu, że indeksacja emerytury jest za mało szczodra, chętnie głosuje na partie protestu.
Szczodry system zasiłków i gwarancji socjalnych zniechęca do szukania pracy. Z drugiej zaś strony bardzo wysoka płaca minimalna oraz sztywne zasady zwalniania zniechęcają pracodawców do zatrudniania nisko wykwalifikowanych pracowników. Paradoksalnie - im więcej państwo przeznacza na pomoc społeczną, tym szerszy jest krąg osób wykluczonych z życia społecznego i zawodowego, a tym samym niezadowolonych. Nadzieje na awans społeczny stwarza jedynie praca i wzrost gospodarczy, który sprawia, że wszystkim, którzy coś z siebie dają, powodzi się lepiej.
Jak powiedział kiedyś John Kennedy - przypływ podnosi wszystkie łodzie.

(śródtytuły – własne)


Drugi fragment umieściłem z powodu wielu przekłamań i opinii wyrażonych chyba, przez zupełnie liberalnego ekonomistę, który w swojej chęci ekonomicznego zaniechania „dawania jałmużny” ubogim w postaci zasiłków bezrobotnych, czy socjalnych, czy wręcz wcześniejszych emerytur, pominął jedna najważniejszą kwestię obrazującą Polską gospodarkę – otóż w każdym środowisku znajdą się ludzie wolący „jazdę na gapę”, ale gro osób stanowią ludzie, którzy w weku 45 – 65 lat z ochotą podjęliby pracę – ale najpierw ją dajcie!!!.
Czyżby autor tej drugiej części artykuły nie znał stanu możliwości zatrudnienia dzisiejszych ludzi w średnim wieku charakteryzującego się stwierdzeniem:
„ za młodzi, aby umrzeć;
- za starzy, żeby pracować...”



):wallbash Janusz Stankiewicz

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Postautor: JanuszStankiewicz » czw gru 22, 2005 17:55

.
Kronikarski obowiązek: przedruk z Interii - dwa doniesienia:

22.12.2005
GUS - stopa bezrobocia ani drgnie!

Stopa bezrobocia w listopadzie br. wyniosła 17,3 proc. - tyle, ile w październiku - poinformował w czwartek Główny Urząd Statystyczny (GUS). Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy w końcu listopada tego roku wyniosła 2722,8 tys. osób i była wyższa niż przed miesiącem o 10,7 tys. osób, czyli o 0,4 proc.

Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy w końcu listopada tego roku wyniosła 2722,8 tys. osób i była wyższa niż przed miesiącem o 10,7 tys. osób, czyli o 0,4 proc.

W listopadzie, w stosunku do października, wzrost liczby bezrobotnych odnotowano w 12 województwach - największy w woj. podlaskim (o 2,8 proc.), lubelskim (o 1,6 proc.) oraz podkarpackim i świętokrzyskim (o 1,4 proc.).
Największa stopa bezrobocia w listopadzie była w woj. warmińsko- mazurskim (27,1 proc.), zachodniopomorskim (25,1 proc.) oraz lubuskim (23 proc.). Najmniejsze bezrobocie odnotowano w woj. małopolskim (13,5 proc.), mazowieckim (13,7 proc.), wielkopolskim (14,3 proc.) i podlaskim (15,1 proc.).Najwyższą stopę napływu bezrobotnych do urzędów pracy w listopadzie 2005 r. zanotowano w województwach: warmińsko-mazurskim i zachodniopomorskim (po 2,5%) oraz lubuskim (2,4%), zaś najniższą w mazowieckim (1,1%) i małopolskim (1,3%).

Do urzędów pracy zgłosiło się w listopadzie 2005 roku 253,9 tys. osób, czyli o 0,2 tys. więcej niż w październiku. Bez prawa do zasiłku pozostawało 2369,3 tys. osób, czyli 87 proc. ogółu zarejestrowanych, wobec 2 mln 373,2 tys. (87,5 proc.) w październiku. W listopadzie 433 zakłady pracy zadeklarowały zwolnienie w najbliższym czasie 26,9 tys. pracowników, z czego w sektorze publicznym 4 tys. Przed rokiem było to odpowiednio - 590 zakładów, 24,3 tys. pracowników, w tym 8 tys. z sektora publicznego. Przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw w listopadzie wyniosło 4803,5 tys. osób i było o 2,4 proc. większe niż przed rokiem. W okresie styczeń-listopad br. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 4768,3 tys. osób i było wyższe o 1,9 proc. niż przed rokiem.
GUS poinformował w czwartek, że stopa bezrobocia według Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) w III kwartale 2005 roku wyniosła 17,4 proc. wobec 18,1 proc. w II kwartale. Według tych badań w III kwartale br. było 3017 tys. osób bezrobotnych, wobec 3072 tys. w II kw br. W skali kwartału było 55 tys. bezrobotnych (1,8 proc.). Podstawą metodologii BAEL są definicje ludności aktywnej zawodowo przyjęte na XIII Międzynarodowej Konferencji Statystyków Pracy w 1982 r. i zalecane do stosowania przez Międzynarodową Organizację Pracy i Eurostat.



Nadejdzie fala bezrobotnych? 22.12.2005

Od 1 stycznia, zgodnie z nowelizacją ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, roboty publiczne zostaną mocno okrojone - zapowiada "Dziennik Zachodni". Z tej formy zatrudnienia nie będą mogły korzystać już powiatowe urzędy pracy, a jedynie organizacje społeczne.

Zatrudnić będzie można tylko: bezrobotnych pozostających bez pracy co najmniej od 2 lat, powyżej 50. roku życia lub samotnie wychowujących dzieci. Tym samym wielu z obecnie pracujących na robotach publicznych odpadnie. W województwie śląskim to tysiące ludzi.

Od stycznia do listopada w naszym województwie na robotach publicznych zatrudnionych było ponad 4 tys. osób, w większości kobiety - mówi Marta Malik, rzecznik prasowy Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Katowicach. Jedyną nadzieją dla tej rzeszy pracowników jest to, że w ich dotychczasowych miejscach pracy znajdą się pieniądze na utworzenie choćby kilku etatów.

Tak jest m.in. w Siemianowicach Śl. Prezydent Zbigniew Paweł Szandar w projekcie budżetowym zadbał o stosowną pozycję i środki finansowe. Teraz wszystko w rękach radnych - uważa Hanna Becker, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Siemianowicach Śl., gdzie na robotach publicznych zatrudnionych jest kilkadziesiąt osób - m.in. gońcy, sprzątaczki, portierzy.

Szansę na ciągłość pracy mają także pracownicy pośredniaka w Chorzowie. Tutaj chodzi o ok. 20 osób, które o ewentualny etat w nowym roku będą walczyć w konkursie. Jak na razie pracują głównie w referacie świadczeń ? w bezpośredniej obsłudze bezrobotnych. Niestety, za kilka tygodni co najmniej kilku z nich stanie po drugiej stronie biurka, w roli petenta a nie urzędnika.

Z kolei w katowickim PUP-ie roboty publiczne dotyczą 50 osób. Już teraz wiadomo, że prawie połowa z nich z nowy rokiem zostanie bez pracy. Ogłoszony zostanie konkurs na 30 etatów przyznaje Monika Musiał z referatu ds. instrumentów rynku pracy i szkoleń w PUP-ie w Katowicach. W najgorszej sytuacji są ci zatrudnieni poza urzędami pracy, m.in. w ośrodkach pomocy społecznej, domach kultury itp. Tam szanse na utworzenie w miejsce robót publicznych nowych etatów są znikome.

Sami zainteresowani na pytanie, czy wiedzą, gdzie będą zatrudnieni za miesiąc, odpowiadają krótko: nie mamy pojęcia. Jednym się poszczęści, ale kilkuset osobom pewnie nie. Dla nich ponownie grzebanie w ofertach pracy staje się z dnia na dzień realnym koszmarem, który ziści się za dwa tygodnie.

Prace użyteczne lekiem na bezrobocie?

Od 1 listopada powiatowe urzędy pracy kierują bezrobotnych do prac społecznie użytecznych. To kolejny etap walki z szarą strefą, która w Polsce dotyczy 1,3 mln ludzi. Co to są prace użyteczne społecznie? - to prace zawarte na podstawie porozumienia pomiędzy starostą a gminą. Czas pracy bezrobotnego nie może przekroczyć 10 godzin tygodniowo, a odbywa się ona tylko w miejscu zameldowania lub pobytu danej osoby. Bezrobotny wykonujący pracę otrzymują świadczenie (nie wynagrodzenie) w wysokości nie niższej niż 6 złotych za godzinę.

Nowe przepisy mają za zadanie zapewnienie osobom bezrobotnym możliwości uzyskania minimalnych środków do życia i wsparcie działalności społeczności lokalnych , w tym zdyscyplinowanie bezrobotnych i ograniczenie wykonywania przez nich pracy na czarno.

Zgodnie z definicją ustawową prace społeczne oznaczają prace wykonywane przez bezrobotnych bez prawa do zasiłku.

Z zakresu prac społecznie użytecznych wynika, że mogą to być prace w jednostkach pomocy społecznej czy charytatywnej. Nieuzasadniona odmowa podjęcia tej pracy pozbawia statusu bezrobotnego na okres 90 dni. Przypomnijmy iż z ponad 2,7 mln bezrobotnych niewiele ponad 10% ma prawo do zasiłku. Ludzie ci muszą z czegoś żyć - dlatego uciekają w szarą strefę.



:evil: Janusz Stankiewicz

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Postautor: JanuszStankiewicz » sob sty 07, 2006 20:50

.
Odnotujmy w pamięci, że w dniu dzisiejszym stwierdzono:

"Mam nadzieję, że nie zawiodę pokładanego we mnie zaufania i nadziei związanych z moim wejściem do rządu - powiedziała prof. Zyta Gilowska, podczas konferencji prasowej, po odebraniu od prezydenta Lecha Kaczyńskiego nominacji na stanowisko wicepremiera i ministra finansów.
Zaznaczyła, że zgadza się "z panem premierem, że centralnym problemem w Polsce jest bezrobocie; to jest nasz dramat, dramat społeczny na dużą skalę. Dziesiątki, setki tysięcy młodych ludzi często dobrze wykształconych nie mogą znaleźć pracy i za to w dużym stopniu odpowiedzialne jest państwo".


Poczekajmy i popatrzmy....

8) Janusz Stankiewicz

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Postautor: JanuszStankiewicz » ndz sty 08, 2006 17:12

.
Jeszcze troszeczkę informacji, aby po kilku miesiącach było do czego wracać:
WP podała:

"Jak rząd poradzi sobie z bezrobociem 07:35 08.01.2006
niedziela

Według wiceministra pracy Roberta Kwiatkowskiego w 2006 roku przybędzie 140-150 tys. nowych miejsc pracy. Resort będzie dążył także do obniżenia kosztów pracy m.in. poprzez rezygnację z części składek na ubezpieczenie społeczne dla najmniej zarabiających.
Kwiatkowski poinformował, że rozpoczęły się konsultacje z partnerami społecznymi nt. paktu społecznego na rzecz ograniczenia bezrobocia i tworzenia nowych miejsc pracy. Ma on służyć m.in. rozwojowi przedsiębiorczości, obniżaniu kosztów pracy, wzmocnieniu służb zatrudnienia oraz wprowadzeniu ulg związanych z tworzeniem nowych miejsc pracy dla absolwentów oraz osób trwale bezrobotnych.
Pakt będzie realizowany poprzez uchwalenie nowych ustaw (np. o emeryturach pomostowych) oraz zmiany w kilkudziesięciu już istniejących, takich jak ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, w ustawach podatkowych, Kodeks Pracy.
W ramach paktu resort chce wypracować m.in. rozwiązania dotyczące ubezpieczenia od bezrobocia. W pakcie znajdą się także rozwiązania z zakresu polityki prorodzinnej. Resort planuje wydłużenie urlopów macierzyńskich docelowo do 26 tygodni oraz wprowadzenie ulgi podatkowej dla rodzin wychowujących dzieci.
Jak poinformował wiceminister, trwają prace analityczne nad możliwością wprowadzenia ubezpieczeń od bezrobocia. Kwiatkowski uważa, że nad tworzeniem takiego systemu można się zastanawiać tylko przy jednoczesnym obniżaniu kosztów pracy. Najbliższa jest mi idea Funduszu, gdzie trzy strony (państwo, pracodawcy i pracownicy) składałyby się na tę gwarancję zatrudnienia - powiedział.
Wersja Samoobrony, która proponuje ustalenie zasiłków dla wszystkich bezrobotnych, którzy nie ze swojej winy nie mogą podjąć pracy na poziomie minimum socjalnego (według Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych minimum socjalne dla gospodarstwa trzyosobowego wynosi około 2 tys. zł) jest rujnująca dla budżetu. Spowodowałaby, że tym, którzy pracują za minimalne wynagrodzenie nie opłacałoby się pracować - ocenił.
Zdaniem Kwiatkowskiego jest bardzo duża szansa na wydłużenie urlopów macierzyńskich, jeszcze w tym roku, o dwa tygodnie. Przestrzegł jednak, że z wydłużaniem urlopów trzeba być ostrożnym, ponieważ może to utrudnić powrót matkom na rynek pracy. Trzeba znaleźć złoty środek. Bycie razem jest bardzo ważne dla matki i dziecka, ale trzeba mieć świadomość, że bardzo długie urlopy mogą spowodować, że powrót do zakładów pracy będzie utrudniony.
Kwiatkowski prognozuje, że w I kwartale 2006 roku stopa bezrobocia nie przekroczy 18,2%, by na koniec 2007 roku spaść do 16,8-16,9%.
Wiceminister zapowiedział szybkie przygotowanie projektu ustawy zakładającej obniżenie kosztów pracy dla osób najniżej zarabiających poprzez rezygnację z części składek na ubezpieczenia społeczne. Ma to również na celu zmniejszenie rozmiaru szarej strefy


8) Janusz Stankiewicz

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Postautor: JanuszStankiewicz » pn sty 09, 2006 18:26

.
A tutaj będziemy mieli stany "początkowe":

2006-01-05 14:06:38
"Wzrosło bezrobocie w grudniu

Stopa bezrobocia w grudniu wzrosła do 17,6 proc. z 17,3 proc. w listopadzie - podało wstępne dane Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej.

Liczba bezrobotnych wyniosła 2.774.462 osoby i była o 51,639 tys. osób większa niż miesiąc wcześniej.

Liczba pracujących na koniec grudnia wyniosła 12 mln 972,8 tys. osób.

Wcześniej Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej szacowało, że stopa bezrobocia w grudniu wyniosła 17,4-17,5 proc.

W grudniu GUS podał, że stopa bezrobocia w listopadzie 2005 roku wyniosła 17,3 proc. wobec 17,3 proc. w październiku 2005.

Liczba bezrobotnych wyniosła w listopadzie 2005 roku 2.722,8 tys. osób, czyli była o 7,5 proc. niższa niż w analogicznym okresie 2004 roku."


:!: Janusz Stankiewicz

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Postautor: JanuszStankiewicz » pt mar 24, 2006 10:37

.
Znalazłem ostatnio taką wypowiedź, wartą zacytowania..


Forum WP
Re: No i jak tą pracę znależć?
Autor: Gość: Agnieszka IP: *.crowley.pl
Data: 21.03.06, 15:40


Witaj! Pisałam już o tym wcześniej - z pracą w W-wie jest tragicznie!!! I nie należy wierzyć osobom, które wypisują, że jak się człowiek uczył pilnie, to praca na niego czeka. To mit. Ja też szukam i zbieram nowe doświadczenia, niestety smutne. Opisałam to w nowym wątku - przeszkodą w znalezieniu jakiegokolwiek zajęcia może być, z przeproszeniem, duperela - adres zamieszkania na przykład. Mieszkasz za daleko. Więc wolą kogoś głupszego, ale bliżej mieszkającego, bo się nie powinien spóźniać. Więc zakładają, że człowiek z natury jest nieodpowiedzialny, a przecież jak komuś zależy, to wstanie nawet 2-3 godziny wcześniej, żeby tylko mieć ten upragniony etat. Ja już się dowiadywałam różnych rzeczy - że jestem za niska, że mam smutny wyraz twarzy, że za długo pracowałam w jednej firmie i podejrzane jest, że nagle już nie pracuję. No, nie takie "nagle", bo ponad 5 lat przepracowałam. Mówię, że mam męża i dziecko - źle, bo pewnie zechcę mieć jeszcze jedno, mówię, że mam męża, dwoje dzieci - źle, bo to świadczy o braku odpowiedzialności, dwoje dzieci i brak pracy. Mówię, że jestem samotna, bezdzietna - źle, bo:
a)świadczy to o nieprzystosowaniu społecznym (30 lat=rodzina),
b)nagle mogę sobie znaleźć męża i szybko zajść w ciążę, bo zegar biologiczny tyka,
słowem - tak źle i tak nie dobrze. Przeszkodą może być wiek. Ja już usłyszałam, że jestem za stara, za młoda, niedojrzała, że najlepiej by im pasowała osoba 28 letnia, a ja mam już 29 i pół. Czasem się zastanawiam, o co w tym wszystkim chodzi. Często jest tak, że nikt mnie nie pyta o kwalifikacje, nie próbuje weryfikować tego, co wpisałam w CV, rozmawiamy o dupie Maryni i nic z tego nie wynika na przyszłość.
Nie jestem mrukliwą, zahukaną panienką, lubię ludzi, siedzenie w domu mnie
dobija, chciałabym coś robić dla innych, a nie ciągnąć zasiłek od państwa.
Wydawałoby się, że nie powinnam mieć problemu ze znalezieniem pracy. Nie szukam kokosów. Dobija mnie fakt, że o posadę za 1000 złotych toczą się takie boje.
Byłam ostatnio na rozmowie w pewnej fundacji. Pani stwierdziła, że o sukcesie zadecyduje przypadek, bo oni wybrali parę CV, ale nie będą mieli czasu przemyśleć kandydatur, więc albo się ma tego farta, albo nie. I tego Tobie i sobie życzę, szczęścia...po prostu...bo rozum ma niskie notowania w tej sytuacji.


Mój komentarz, w tym przypadku, jest zbędny...

):sly Janusz Stankiewicz
Ostatnio zmieniony sob mar 25, 2006 19:54 przez JanuszStankiewicz, łącznie zmieniany 1 raz.

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Postautor: JanuszStankiewicz » sob mar 25, 2006 09:01

.
Aktualny wynik badania sondażowego przeprowadzonego przez CBOS, a podanego przez PAP:

Brak miejsc pracy główną przyczyną bezrobocia

Aż 90% Polaków uważa, że jedną z głównych przyczyn utrzymania się bezrobocia jest brak miejsc pracy - wynika z najnowszego sondażu Centrum Badania Opinii Społecznej(CBOS).

Ponadto 67% badanych wskazało na ukończenie szkół, po których nie ma pracy; 56% - na opłacalność pracy "na czarno"; 52% - na korzystanie z pomocy rodziny oraz 51% na brak kwalifikacji potrzebnych na rynku pracy.
Jak wynika z badania CBOS, do negatywnych skutków bezrobocia respondenci zaliczają przede wszystkim:
    * zły stan psychiczny bezrobotnych (42%),
    * złe traktowanie w pracy (38%),
    * godzenie się na niskie zarobki (37%) i
    * ubożenie rodzin osób bezrobotnych (36%).
Ankietowani uważają, że bezrobotni mogą liczyć na pomoc i wsparcie rodziny (86%) oraz kręgu znajomych i przyjaciół (65%).
Natomiast instytucje państwowe, gminne oraz organizacje pozarządowe i parafie przez większość badanych postrzegane są jako obojętne na los osób dotkniętych bezrobociem. 20% respondentów wskazało, że bezrobotni mogą liczyć na pomoc swojej gminy; 19% - na pomoc państwa; 16% - na pomoc organizacji pozarządowych, a tylko 13% na pomoc swojej parafii.
Z analiz CBOS wynika, że w ostatnim roku opinie na ten temat uległy zmianie. Obecnie nieco mniej badanych niż w marcu 2005 roku (spadek o 5%) uważa, że przyczyną utrzymywania się bezrobocia jest zła sytuacja na rynku pracy. Umocniło się natomiast przekonanie, że bezrobocie w Polsce utrzymuje się na wysokim poziomie, bo bezrobotnym opłaca się pracować "na czarno" (wzrost o 8%), wykorzystują pomoc rodziny (wzrost o 11%).

Sondaż CBOS został przeprowadzony w dniach 3-6 marca tego roku na 1081-osobowej reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski.


W uzupełnieniu podam informację z GUS:
Bezrobotni zarejestrowani w urzędach pracy w końcu lutego 2006 r. stanowili 18,0% cywilnej ludności aktywnej zawodowo (w styczniu 2006 r. - 18,0%, lutym 2005 r. - 19,4%). Najwyższą stopę bezrobocia odnotowano w województwach: warmińsko-mazurskim (28,0%), zachodniopomorskim (26,0%) i lubuskim (24,0%). Najniższą stopą bezrobocia charakteryzowały się województwa: małopolskie i mazowieckie (po 14,1%) oraz wielkopolskie (14,9%), śląskie (15,7%) i podlaskie (15,9%).

:roll: Janusz Stankiewicz

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Postautor: JanuszStankiewicz » wt kwie 11, 2006 11:50

.
Zapraszam do przeczytania artykułu, obejmującego ww. problemy:
http://www.stankiewicz.e.pl/forum/viewtopic.php?t=203
:!: Janusz Stankiewicz


Wróć do „POROZMAWIAJMY O ...”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Yahoo [Bot] i 1 gość